Ostatnio złamałam nogę i sprawy miały się oto jak:

Jak to się stało, zapyta zapewne niejeden skonfundowany gach i zatrwożona gachina. I będzie to pytanie bardzo dobre, z natury pozbawione zła, na które mam nadzieję któregoś dnia wszyscy odnajdziemy odpowiedź. Jednak zanim ten dzień roku pamiętnego nadejdzie trzymajmy się wersji, w której ratowałam kocięta z płonącego budynku i wyskakując w ostatniej chwili z bębna maszyny losującej rozżarzonej pralki gazowej doznałam kontuzji oraz konfuzji ślizgając na głuchoniemym gołębiu. Prawdziwa historia.
Jako ciekawostkę matematyczną dodam, że uszkodziłam sobie lewą nogę już chyba piąty raz z rzędu, ale nie pytajcie mnie dokładnie który, bo po prostu kurde nie wiem.

Nowo rozpoczęte studia filozoficzne dały mi nie tylko, jakby się mogło wydawać, honorowe miejsce w strefie zagrożenia chorobami sezonowymi typu próchnica pach i śmierdzące ubranie, ale również zainspirowały mnie do rysowania bezrękich ludzi, krzywych mord oraz zajezdni tramwajowych pomiędzy jedynkami.

Nowe studia oznaczają również nowych znajomych, takich jak na przykład, nie wiem, wirus grypy. Fakt, że w ciągu dwóch lat w Novum nie miałam nawet kataru, zaś na Ogrodach wystarczyły niecałe dwa miesiące by jedni z największych tego świata upadli umacnia mnie w przekonaniu, że studenci nauk społecznych się zwyczajnie, po nieludzku i nawet nie po zwierzęcemu, nie myją, próbując w ten sposób zmusić swoje dusze do transcendencji vel ewakuacji z ciała.
Tak też spędziłam 4 ostatnie doby w głębokiej malignie nie opuszczając legowiska i obracając się sporadycznie wokół własnej osi. Po takich ekscesach piętno, jakie zostawia po sobie szatan ostatecznie opuszczając ciało chorego niewarte jest wspominania wnukom, mało tego, jest wręcz niewskazane by kultywować pamięć tak dantejskich scen. Bryła, która uformowała się na mojej głowie przedstawiała epicki pojedynek tytanów pomiędzy mastodontem, a pterodaktylem związanych ze sobą w śmiertelnym boju. Niestety w jadłowydalni o sugestywnej nazwie Muszelka starczyło mi jeszcze na tyle godności, by podczas zamawiania barszczu ukraińskiego ściągnąć czapkę z głowy, co wywołało na Wildzie niemałą sensację, porównywalnie wielką do afery, jaka wynikła po pojawieniu się pewnej nocy rozjuszonego trolla na rauszu bujającego się po dzielni (chociaż dla niektórych był to po prostu nocny jogging w mało atrakcyjnych dresach).
