sobota, 28 listopada 2009

wielkie gliniane naczynia

Czy balsam do ciała ma jakąś datę przydatności? I jeżeli takową posiada, to co się dzieje z człowiekiem po spożyciu takiego hipotetycznego balsamu? Chciałabym móc odrzec, że gówno się dzieje, ale niestety dzieje się o wiele więcej. Na manowce mnie zwiodłeś słodkawy owocowy aromacie, a ja na to: Targowica!

Zawsze wzruszam się na wielkich glinianych naczyniach.




czwartek, 19 listopada 2009

prawdziwa historia

Ostatnio złamałam nogę i sprawy miały się oto jak:

Jak to się stało, zapyta zapewne niejeden skonfundowany gach i zatrwożona gachina. I będzie to pytanie bardzo dobre, z natury pozbawione zła, na które mam nadzieję któregoś dnia wszyscy odnajdziemy odpowiedź. Jednak zanim ten dzień roku pamiętnego nadejdzie trzymajmy się wersji, w której ratowałam kocięta z płonącego budynku i wyskakując w ostatniej chwili z bębna maszyny losującej rozżarzonej pralki gazowej doznałam kontuzji oraz konfuzji ślizgając na głuchoniemym gołębiu. Prawdziwa historia.
Jako ciekawostkę matematyczną dodam, że uszkodziłam sobie lewą nogę już chyba piąty raz z rzędu, ale nie pytajcie mnie dokładnie który, bo po prostu kurde nie wiem.


Nowo rozpoczęte studia filozoficzne dały mi nie tylko, jakby się mogło wydawać, honorowe miejsce w strefie zagrożenia chorobami sezonowymi typu próchnica pach i śmierdzące ubranie, ale również zainspirowały mnie do rysowania bezrękich ludzi, krzywych mord oraz zajezdni tramwajowych pomiędzy jedynkami.



Nowe studia oznaczają również nowych znajomych, takich jak na przykład, nie wiem, wirus grypy. Fakt, że w ciągu dwóch lat w Novum nie miałam nawet kataru, zaś na Ogrodach wystarczyły niecałe dwa miesiące by jedni z największych tego świata upadli umacnia mnie w przekonaniu, że studenci nauk społecznych się zwyczajnie, po nieludzku i nawet nie po zwierzęcemu, nie myją, próbując w ten sposób zmusić swoje dusze do transcendencji vel ewakuacji z ciała. 

Tak też spędziłam 4 ostatnie doby w głębokiej malignie nie opuszczając legowiska i obracając się sporadycznie wokół własnej osi. Po takich ekscesach piętno, jakie zostawia po sobie szatan ostatecznie opuszczając ciało chorego niewarte jest wspominania wnukom, mało tego, jest wręcz niewskazane by kultywować pamięć tak dantejskich scen. Bryła, która uformowała się na mojej głowie przedstawiała epicki pojedynek tytanów pomiędzy mastodontem, a pterodaktylem związanych ze sobą w śmiertelnym boju. Niestety w jadłowydalni o sugestywnej nazwie Muszelka starczyło mi jeszcze na tyle godności, by podczas zamawiania barszczu ukraińskiego ściągnąć czapkę z głowy, co wywołało na Wildzie niemałą sensację, porównywalnie wielką do afery, jaka wynikła po pojawieniu się pewnej nocy rozjuszonego trolla na rauszu bujającego się po dzielni (chociaż dla niektórych był to po prostu nocny jogging w mało atrakcyjnych dresach).

poniedziałek, 12 października 2009

mamo, przestań czytać mojego bloga

Mówię poważnie. Jak nie przestaniesz, zabiorę ci internet i zobaczymy, kto się będzie wtedy śmiać. I gwoli ścisłości, będę to ja, a mój śmiech będzie szyderczy i daleki od tego serdecznego rechotu, jak wtedy, kiedy ongiś znalazłyśmy karalucha w fartuchu.




niedziela, 9 sierpnia 2009

rżnij go dupą

Czäjść.
Dzisiaj natrafiłam na rączkę od prysznica, której poziom zaawansowania technologicznego był tak wysoki, że ewidentnie musiała ona przybyć tu z przyszłości. I to tej dalekiej. Niestety bez klucza seryjnego nawet prysznica już nie odpalisz, toteż treść przekazu, który wysłały mi futurystyczne cywilizacje nieznanego jutra cały czas pozostaje w sferze domysłów i mogę tylko zgadywać czego ode mnie chcieli. I mam nadzieję, że nie chodzi im znowu o pieniądze. Oczywiście wody, która była moim pierwotnym celem, nie udało mi się uzyskać; jednak straty tej nie odczułam zbyt wielce, gdyż nigdy nie byłam wielkim fanem mycia się.  

By ocalić się od przed posądzeniem o gołosłowność, wstawiam w tym miejscu obrazki, które co prawda ni jak wiążą się z tym, co wcześniej napisałam i co napisać mam zamiar, ale jak ktoś nie czytał tekstu to nie zauważy.




Przez ostatnie 2 miesiące bardzo dużo się wydarzyło, tylko już średnio pamiętam co.

Na rzecz egzaminów kwalifikacyjnych na ASP zafundowałam sobie na początek jesieni bardzo ekskluzywną formę rozrywki, jaką jest kampania wrześniowa. Niestety gdzieś na drodze mojego życia popełniono błąd w sztuce i oto ja, idąc za przykładem wszystkich wielkich tego świata, miałam swoje WaterLoo- mój wynik był 4 pod kreską na liście przyjętych. Not hot. Mając przed sobą fakt, że przez cały rok perfidnie się opierdalałam, nie mogłam opędzić się od natrętnej myśli, że wystarczyłoby zawczasu zepchnąć te 4 osoby ze schodów, albo chociaż połamać im ręce, a już od paździerznika zaczęłabym studiować grafikę. Ale zamiast myśleć nad zapewnieniem sobie godnego bytu wolałam skupić się na rozwikłaniu tajemnicy szyfru Marabuta, czyli jak w poznańskim ASP wydobyć batonika z automatu.

Oblane egzaminy, zagrożone studia, moje marzenia w gruzach. Najgorsze z tego wszystkiego jest to, że dalej nie wiem którędy oni te batony wyciągają.

A już w następnym odcinku o tym, jak udało mi się cofnąć w czasie do początku lat ’90.

środa, 10 czerwca 2009

spontan

Jestem spontaniczna.
A zima była bardzo długa.

sobota, 30 maja 2009

das ekzperiment

Pisząc sobie życiorys pod salą im. Romana Polaka w Novum zostałam uprowadzona przez profesora antropologicznego dziada mówiącego biegle po angielsko-nimiecko-rusku i przeprowadzono na mnie serię dziwnych eksperymentów w męskim kiblu na trzecim piętrze. Z nieba runęło na mnie milijon hektolitrów wody. Miałam rok, by przygotować papiery na nową uczelnię, dlatego zrobiłam to dzisiaj, ostatniego dnia godzinę przed upływem terminu będąc między stanem przedzawałowym, palpitacją sumienia, a słynną już piątą fazą turbodoładowania, która tym razem nastąpiła po rytualnym oraz wysokodepresyjnym skonsumowaniu jednopierożnego barszczu za 1,68 złotego pośród bezdomnych czując mentalną bliskość do ich fizycznego zakwaterowania.

W sumie to nie wiem do końca, co się dzisiaj stało, ale gdybym miała las, to bym sobie teraz po nim pobiegała. No ale go ni mom.




Ajnc cwaj draj
Kaman mutanten frałlajnen!

czwartek, 28 maja 2009

mustasz

Cieszę się, że w końcu podłoga w kuchni klei się nie od brudu, a od Ludwika, którym to ją wymyłam i nawet kawałek korytarza się załąpał w tym moim poetyckim szale, chociaż był to zaledwie nikły odcinek gdzie słoneczko dochodzi, gdyż należy wiedzieć, iż od czasu, gdy Tomek wkręcił sto cały ośrodek i kręgosłup mojego miejsca zamieszkania skąpany jest w absolutnym i wywołującym skurcze jelit mroku. Cierpliwie odmierzam uciekający czas i wiem, że zbliżamy się do trzydziestego dnia mroku, filmu mającego za sobą dwuletnią transatalantycką przeprawę na ziemie wielkopolskie, i który miałam przyjemność obejrzeć ongiś w samo południe w doborowym towarzystwie.

Bat newamaind.

"Skąd to sprzątanie?" dziwuje się zapewne niejeden. Już śpieszę z wyjaśnieniem: otóż w me skromne progi ponownie zawitał Wąs. Byłą to jego druga wizyta, pierwszy raz zhańbił moje włości swoją kosmatą warą podczas Wielkiej Hucznej Konferencji Skandynawistycznej. Upiła nas i wkradłą się do chałupy lol. Wąs jest wielowiekową lektorką ze Szwecji i różni się szczyptę od zeszłorocznej pani od szwedzkiego.


Stare, a nowe i weź tu bądź człowieku mądry.

Tak czy srak Mustache, istota zła do szpiku kości, przyszła do nas gotować obiad i swoim alkoholizmem spierdoliła mi dzień cały, który zaczął się o czwartej nad ranem od włamania na teren pobliskiego przedszkola w celu kradzieży złotej zawartości piaskownicy dla mojego adoptowanego dziecka. Swetka, moja córa, jest w pytę, znalazłam ją jak kradła samochód na Wierzbięcicach. Siedziała już w aucie, tyle że od spodu, przez co była cała w smarze ujebantes. Jest kompletnie oswojona i od razu czajeczka o co kaman z domowym savoir vivre. Ale to dziki kot z ulicy, jestem tego pewna. Przecież go nie ukradłam.

Ostatnio postanowiłam ponownie postawić moje anielskie stopy w kręgach fantastycznie fantastycznych i od razu przypomniałam sobie, dlaczego w ogóle kiedyś zrobiłam wielki spadaczjos z towarzystwa.




To, plus przepocone tiszerty, brzydkie laski, ich irytujące i niespełnione marzenie o wyjątkowości oraz obleśne palce u nóg.